To już cztery miesiące. Trochę podsumowań i przemyśleń

Dzisiaj mijają cztery miesiące, od kiedy przyjechałam do Chin. Pakując walizkę przed wyjazdem, nie bardzo wiedziałam czego się podziewać. Wprawdzie byłam już wcześniej w tym kraju, jednak to miał być zupełnie inny "pierwszy raz". Nie wiedziałam, czy dam sobie radę z normalnym życiem codziennym, jedzeniem i klimatem, bo o siatkówkę byłam dziwnie spokojna. Teraz wiem, że dużo łatwiej było podjąć decyzję o podpisaniu kontraktu, niż potem wprowadzić to w życie...





Na początku egzotyka tego kraju dawała mi tyle atrakcji, że chłonęłam wszystkimi zmysłami to co mnie otacza. Organizacja życia w Chinach wciągała mnie w całości. Jak zwykła turystka poruszałam się po mieście, chcąc w jak najkrótszym czasie zobaczyć jak najwięcej.

Co mnie zaskoczyło na początku? Widok małych mieszkań, zamieszkałych przez wiele osób, z charakterystycznym światłem świetlówek, które przypominały mi nasze polskie szpitale. To był dosyć smutny widok. Zastanawiałam się nad warunkami mieszkaniowymi zwykłego Chińczyka i tym, co mu naprawdę wystarczy do szczęśliwego życia.

Myśląc i czytając o Chinach, wyobrażałam sobie trochę inny świat, niż ten, który zastałam na miejscu. W prawdzie przyszło mi mieszkać w wielkim i bogatym mieście, jednak to nie zmienia faktu, że standard życia zwykłego Chińczyka odbiega nieco od wizji, jaką na temat tego kraju mamy na zachodzie.

Ludzie chcą być modni, nadążać za trendami, korzystać z kultury europejskiej. Jak wszędzie są oczywiście kontrasty, które od czasu do czasu pozwalają dostrzegać widoki rzadko dostępne już dla naszych "zachodnich" oczu.
Niesłychane wrażenie robi na przykład widok człowieka na starym rowerze (są ich tu miliony) lub czymś w formie motoru, ciągnącym wózek pełny kartonów, kilkukrotnie przerastający go wielkością, który próbuje lawirować wśród Mercedesów, Lexusów i innych limuzyn po czteropasmowej, pięknie oświetlonej autostradzie przeprowadzonej górą w środku miasta.

Chińczycy pracują bez przerwy. Zmianowy czas pracy powoduje, że budowy nawet na chwilę się nie zatrzymują (podobnie zresztą fabryki). Wszystko bez względu na warunki klimatyczne. Buduje się tyle, że inwestycje często stoją puste ponieważ nie ma komu ich zamieszkać. Budują, budują i budują. Fabryki, bloki, centra handlowe.

Czasami każdy z nas ma ochotę pobyć sam, odpocząć od zgiełku, pójść na spacer do parku i pocieszyć się chwilą odosobnienia. Tutaj absolutnie nie ma takiej możliwości. Zawsze blisko są jacyś ludzie. Dla przybysza takie widoki są nienormalne, dla mieszkańców Państwa Środka to zwykła codzienność. W parkach tłumy ludzie tańczą, grają w różne gry (królują Baśka i badminton), wszechobecne są kung-fu oraz medytacje. Ostatnio będąc w takim miejscu, robiąc zdjęcia i filmy chciałam pochłonąć jak najwięcej z tej atmosfery. Przechadzając się uliczkami, szybko spostrzegłam, że największą atrakcją... jestem dla nich ja sama.

Chiny mnie zadziwiają i zachwycają. Już tak niewiele czasu mi tutaj zostało. Chyba będę za nimi tęsknić...

PS
W sobotę gramy o mistrzostwo Chin. Został do zrobienia jeszcze tylko jeden krok...
Trzymajcie kciuki!
Trwa ładowanie komentarzy...