"Wypruwamy sobie żyły", żeby móc powtórzyć Ankarę z 2003 roku

To miał być spokojny rodzinny czas po zawirowaniach i ciągłym podróżowaniu po świecie w ostatnich miesiącach. Wizja pierwszych od siedmiu lat świąt spędzonych z rodziną była miłą perspektywą. Jakże jednak niecodzienną. Przygotowania, sprzątanie, wypieki...

Już niemal zapomniałam jaką radość to z sobą niesie. Piękny kolorowy stół i dom pełen ludzi. Zupełnie jak za dawnych, dobrych czasów. Dla człowieka, który przez kilka kolejnych lat odseparowany jest od świątecznych tradycji, możliwość ich ponownego przeżywania stanowi element "magiczny", w pewnym stopniu przypominający mu beztroskie dzieciństwo. Niby wszystko takie zwykłe, a jednak odbierane inaczej.

Gdy mieszkałam w Italii, starałam się podporządkować tradycji i zwyczajom panującym w domu naszych przyjaciół. Był Wielkanocny obiad (nie śniadanie), kolorowe, czekoladowe jajo (kupione w sklepie, a jeszcze częściej na autostradzie), i potrawy zgoła odmienne od polskich. Była za to zawsze wspaniała pogoda i rozmowy na tarasie do późnego wieczora. Tyle z tradycji.
W Turcji z tego wszystkiego zostało już tylko ciepło...

Tyle, że tego cieszenia też nie mogło być za dużo. Drugie święto znowu całe w walizkach. Przekładanie z jednej do drugiej (w tym osiągnęłam już perfekcję) i kolejny miesięczny obóz przed sobą. Świąteczny czar prysł...

Podróż pociągiem z Warszawy do Bielska-Białej przypomniała mi tę pierwszą, sprzed niemal dziesięciu lat. Młoda, szalona i bez kompleksów, jechałam na swój pierwszy seniorski obóz reprezentacji Polski, który odbywał się w Szczyrku. Teraz wracałam w to samo miejsce. Ten sam hotel, ten sam pokój, ten sam cel. Znowu Ankara i znowu nie wolno nam przegrać. Wtedy się udało.
Nikt na nas nie liczył, nikt w nas nie wierzył. Nie przyjechali nawet dziennikarze (pomijając kilku zapaleńców). Zupełnie jak teraz, gdy nie znalazła się na razie nawet stacja telewizyjna, która chciałaby nasze występy pokazać.
Ileż w tym wszystkim jest podobieństw?! W półfinale zapewne będzie czekać na nas para Niemcy - Turcja (identycznie jak w 2003).
Finał z Turcją? Tak jak poprzednio? A dlaczego by nie?

Tylko, że w to wszystko trzeba wierzyć! Wierzyć, pomagać, dopingować i mieć nadzieję. Nie szukać sztucznych konfliktów i czekać na pierwsze potknięcie, by wytknąć każdemu słabość. My jesteśmy, czujemy i potrzebujemy wsparcia, bo każdego dnia, od rana do wieczora wszystkie razem "wypruwamy sobie żyły", żeby móc powtórzyć Ankarę z 2003 roku.

Tam nie będzie medali ani pucharów. Będzie bilet do największego marzenia sportowca - Igrzysk Olimpijskich. Wiemy, że wszystko leży tylko w naszych rękach, nogach, mięśniach i głowach. To nam przede wszystkim na tym zależy. Jeżeli przegramy, to tylko z kimś lepszym.

Jak mawiają moi przyjaciele:
"Prawdziwą porażką nie jest przegrać, ale nie podjąć walki".
My będziemy walczyć.
Trwa ładowanie komentarzy...